Radość grania

Album Beekeeper, Steve Wickham
Man in the Moon Records, 2017

20170722_145919

English version

 

      Nowy album Steve’a Wickhama, wydany 12 maja 2017 roku, ma frapujący tytuł i wysmakowaną okładkę, zaprojektowaną przez Georgię Cox.

         Autor płyty to legenda rockowych skrzypiec, jeden z najlepszych irlandzkich skrzypków i niezwykła muzyczna indywidualność.

      Jego mistrzowskie umiejętności skrzypcowe mieliśmy okazję poznać w 2016 roku w Warszawie, na koncercie zespołu The Waterboys, w radiowej Trójce i w klubie Progresja. Przyjechali do Polski dopiero teraz, czekaliśmy aż 30 lat. Ich koncerty były eksplozją doskonałej muzyki i energii łączącej publiczność i zespół.

    Zanim przedstawię nowy album, chciałabym opowiedzieć więcej o samym twórcy, który w Polsce jest zbyt mało znany.

Steve pochodzi z Dublina, ale od wielu lat mieszka na Zachodzie Irlandii, w Sligo, które można bez przesady nazwać kolonią artystów.

Na skrzypcach zaczął grać w wieku trzech lat, ale późniejsza szkolna dyscyplina nie była dla niego przyjemnością. Prawdziwa pasja pojawiła się, gdy zorientował się, że grając można poczuć muzyczne wyzwolenie. Wtedy wszystko zaczęło się naprawdę.

Ma wykształcenie muzyczne klasyczne w dublińskim Royal College of Music.

Lata siedemdziesiąte ubiegłego wieku to era rock and rolla. Nie tylko Londyn ale i Dublin był tyglem, z którego wyłaniały się świetne zespoły. Thin Lizzy, The Pogues, Horslips, U2.

Skrzypce w zespole rockowym? Oczywiście! Na początku inspiracją był skrzypek Charles O’Connor z Horslips, wtedy Steve zaczął eksperymentować z elektrycznymi skrzypcami.

Jego pierwsze nagrania z U2 na pamiętnym albumie War to przejmujące skrzypce na Sunday Bloody Sunday i Drowning Man.

Jako muzyk indywidualista, Steve towarzyszył w nagraniu wielu płyt zostawiając na nich ważny, niezapomniany ślad. Nie sposób pominąć jego wspólnego występu z Bobem Dylanem w 1984 roku w Slane Castle, kiedy razem z mistrzem grał ‘Leopard-skin pill-box hat’.

       Na początku lat 80 związał się z zespołem In Tua Nua, potem przez Sinead O’Connor poznał Mike’a Scotta z The Waterboys i ich droga stała się wspólna. Scott założył zespół w 1983 roku, w 1986 roku za namową przyjaciela przeniósł się do Dublina.

20160606_213932-001

Steve Wickham – Warszawa 2016, fot. M.Socha

          Steve wprowadził do zespołu The Waterboys irlandzką muzykę tradycyjną, ale także olbrzymi potencjał, który z czasem stał się najmocniejszą stroną zespołu. Oryginalność rock and rolla o irlandzkim i szkockim rodowodzie zaowocowała świetnymi albumami z lat osiemdziesiątych – This is the Sea, Fisherman’s Blues, Room to Roam. Wydali kilkanaście albumów i we wrześniu 2017 szykuje się następny album „Out of all This Blue”. W 2011 roku wydali rewelacyjny „An Appointment with Mr Yeats” – rockowo-poetycki album poświęcony irlandzkiemu nobliście.

Z zespołem współpracowali najlepsi muzycy (było ich kilkudziesięciu), którzy wpłynęli na niepowtarzalny klimat utworów – Anthony Thistlethwaite, Sharon Shannon, Roddy Lorrimer, Karl Wallinger, Colin Blakey, Thomas Mac Eoin, Trevor Hutchinson, Richard Naiff.

Mimo kilku lat nieobecności Steve’a w zespole, od 2000 roku znów są razem i z powodzeniem nagrywają świetne płyty i występują na całym świecie. Mike Scott nazywa Steve’a najlepszym rockowym skrzypkiem na  świecie.

Steve współpracował z najsłynniejszymi muzykami – Elvisem Costello, Sinead O’Connor, World Party, Declan O’Rourke, i swoim francuskim przyjacielem – Bruno Calliciurim – Calim.

Jest entuzjastą muzyki dawnej i członkiem orkiestry Sligo Baroque Orchestra, która rozpoczęła swoją działalność w Sligo w 1990 roku jako Sligo Early Music Ensemble.

Jako eksperymentujący multiinstrumentalista – gra również na mandolinie, tin whistle, koncertynie, gitarze i wielu innych instrumentach.

Jego pasją jest pisanie muzyki do sztuk teatralnych.

W 2004 roku wydał pierwszy album Geronimo (niezapomniane utwory – One of these Days, Fado, Lament for Pearl, Midnight Boy), wkrótce potem założył z przyjaciółmi zespół NoCrows, który z powodzeniem występuje w Irlandii i w Europie grając fascynującą muzyczną światową mieszankę. Muzycy pochodzą z różnych kultur i interesują się wszystkimi rodzajami muzyki, dzięki temu kolejne płyty, a nagrali już cztery, są bogate w świetną muzykę od tradycyjnej i klasycznej do jazzu.

Nie ma Irlandczyka, który nie czerpałby inspiracji z muzyki tradycyjnej. W końcu 2016 roku Steve zrealizował cztero-odcinkowy program przedstawiający historię i dziedzictwo muzyki skrzypcowej. Jego poszukiwanie wyróżniającego sposobu grania i specyficznego stylu ze Sligo zaowocowało ważnymi spotkaniami ze znakomitymi skrzypkami, których rodziny w przekazach utrwalały spuściznę trzech Mistrzów – Colemana, Killorana i Morrisona.

Zaczęło się od portretu

W 2012 roku Nick Miller, wybitny, współczesny artysta malarz zaprosił Steve’a do swojej pracowni w Sligo. Malowanie portretu trwało tydzień. W ciągu tego czasu obaj artyści współpracowali ze sobą grając i malując. To wspólne działanie i oczywiście wzajemne oddziaływanie zaowocowało nowymi muzycznymi improwizacjami. Powstało video z poklatkowych wycinków muzyki i procesu malowania zachowanego na fotografiach. Ale co najważniejsze powstał zamysł nowego muzycznego albumu. Również za swój projekt portretowy, na którym umieścił wiele osób, Nick Miller otrzymał prestiżową nagrodę Narodowej Galerii Irlandii – Hennesy Portrait Prize.

Improwizowane przez Steve’a melodie zostały włączone do koncepcji planowanego albumu „Beekeeper”.

Portret Steve’a Wickhama – on Vimeo

Pszczelarz

        Tytuł drugiego albumu – Beekeeper (Pszczelarz) nie jest żadną przewrotnością ani przesadą. Steve naprawdę ma własną pasiekę. Jak sam wspomina otrzymał ją od przyjaciela księdza z Killkenny – krainy sadów i pszczół. I tak skrzypek stał się pszczelarzem. To zajęcie uczy cierpliwości i spokoju, ponieważ pszczoły nie lubią nerwowości.

Pomysł samego albumu to również inspirująca metafora, sam Steve jako pszczelarz – kompozytor może być dumny ze swojego pracowitego ‘roju’ przyjaciół, ponieważ każdy z muzycznych znajomych to ciekawa osobowość.

Starannie dobrane towarzystwo zaśpiewało kompozycje przyjaciela. Doskonała muzyczna obsada stworzyła różnorodną i barwną kolekcję utworów. To jest niewątpliwie największy potencjał tej płyty. Kalejdoskop muzycznych aranżacji i pełne zaangażowania interpretacje dają albumowi najwyższą ocenę.

Dwanaście utworów zostało opracowanych w różnych zaprzyjaźnionych studiach, to również istotnie wzbogaciło tę kolekcję.

          Oto pierwsza strona płyty winylowej – bo tej słucha się jak przed laty, ostrożnie odwracając krążek i uważając na igłę. To specjalny rytuał, który był zawsze taki sam. Teraz płytę przynosi listonosz, nie wystaje się po nią w kolejkach, ale emocje odtwarzania są te same.

  1. Zespół dalej grał – The Band Played On 

Rozpoczynająca album piosenka, w której Steve jawi się jako mistrz nastroju, ma romantyczną melodię i zagadkową, enigmatyczną treść. Wspomnienia i marzenia łączą się w opowieść.20170722_145433

Łagodnym, schrypniętym głosem, który poznaliśmy na jego poprzedniej płycie Geronimo, wyznaje zagadkowo – Jestem pszczelarzem amatorem i hoduję tylko jedną pszczołę…

Nie śpieszę się, pośpiech tnie jak nóż..

Chociaż cień się wydłuża,

moja pieśń znaczy życie.

A zespół grał dalej..

Nostalgiczny refren pięknie wyśpiewany przez Katie Kim na długo zapada w pamięć. Urzekające i nierzeczywiste muzyczne tło roztacza się nad całym utworem.

Katie Kim to wokalistka niezwykła. Komponuje i śpiewa, ma na swoim koncie trzy albumy i pięć singli. Jej domeną jest alternatywny folk-rock. Ja jestem wdzięczna jej za doskonała muzyczna oprawę Appointment with.. The Waterboys. Jej niesamowity głos wyróżniający ją wśród śpiewających dam dał jej możliwość współpracy z najlepszymi muzykami (The Waterboys, David Kitt, Halves).

  1. Dwa Tysiące Lat – Two Thousand Years

 Na płycie znajduje się kilka krótkich utworów instrumentalnych. To pierwszy z nich – oryginalna kompozycja w klimacie muzyki Bliskiego Wschodu zagrana z ogromną subtelnością. Steve już w Fado (album Geronimo) dowiódł swojej umiejętności wtopienia się i  odtworzenia nastroju wschodniego.

Ta muzyczna powieść liryczna, której chciałoby się  słuchać dłużej.

  1. Piosenka o straconych rzeczach – Song of Lost Things

 Wszystkie utwory Steve’a doskonale współgrają z charakterami i możliwościami muzycznymi śpiewaków, zupełnie jakby specjalnie dla nich zostały napisane. A przecież sam Steve wspomina, że niektóre z nich czekały długo na wydanie. Wydaje się, że nikt inny nie mógłby tak dobrze zinterpretować tej piosenki jak Ger Wolfe z Cork.

Utwór skomponowany z precyzją i zaśpiewany dynamicznie niepowtarzalnym głosem Gera. Pozornie radosna melodia, przypomina jednak, że wiele rzeczy w życiu gubimy.. Czy wystarczy tylko o tym pamiętać?

Ger Wolfe wydał siedem albumów w ciągu dwudziestu lat swojej muzycznej drogi. Jest poetą i kompozytorem, uznanym gitarzystą i trubadurem. Jego refleksyjne teksty mają osobiste spojrzenie i prostotę.

  1. Zając – The Hare

Brawurowe wykonanie melodii irlandzkich z akompaniamentem gitarowym sąsiada ze Sligo Briana Mc Donagha. Utwór o niesamowitej energii jaką wyzwala ich wspólne granie. Intensywny brzmieniowo, wymagający olbrzymiej biegłości technicznej. Prawdziwa perełka.

Brian Mc Donagh jest również uznanym artystą malarzem. Tworzy liryczne i symboliczne obrazy w indywidualnym, łatwo rozpoznawalnym stylu. Dublińczyk, który przeniósł się na Zachód Irlandii 30 lat temu. Jako znakomity muzyk założył słynny zespół Dervish.

  1. Załamany – Fractured

 Bardzo ważny utwór, niosący ostrzeżenie przed ludźmi, którzy zagrażają naturze. To  przestroga przed niszczycielską metodą frackingu (uzyskiwanie gazu łupkowego), która grozi również Zachodniej Irlandii.

Poruszające video zaprojektował Ivano A. Antonazzo.

Doskonała kompozycja wykonana w niepowtarzalnym stylu Lost Brothers. Piosenka utrzymana jest w duchu amerykańskiego country a jej unikalna interpretacja i frazowanie wzmacnia tekst utworu i jego przesłanie, że rozpad i zniszczenie zagraża nam wszystkim bo Pieniądze tak często zamieniają dobrych ludzi w złych.

Lost Brothers – irlandzki duet Mark McCausland i Oisin Leech. Nagrali cztery albumy wysoko oceniane przez krytyków. Barbara Orbison zaprosiła ich do nagrania utworu do albumu rocznicowego Roya Orbisona. Ich melodie i przede wszystkim interpretacje maja unikalny charakter. W piosence na basie gra David Hood z The Waterboys (znany muzyk z zespołu Traffic)

         6. The Bohemian

 Następny utwór instrumentalny, kończący pierwszą stronę płyty to łagodne dźwięki fortepianu, z pięknym skrzypcowym solo. Utwór skończony jakby w pół oddechu.. Może dlatego, że ma być jedynie mgnieniem, za którym się tęskni.

 

      7. Stopping by Woods

Zapadająca w pamięć i poruszająca muzyczna wizja ważnego i wieloznacznego wiersza wybitnego amerykańskiego poety.

Wiersz Roberta Frosta zainspirował Steve’a do napisania muzyki w latach 90. Wspomina, że znalazł wiersz u przyjaciół w Mayo. Wsłuchał się w jego głębsze tony i wtedy powstało wyobrażenie – rdzennego Amerykanina, Indianina, który zatrzymuje się na skraju lasu, a właściwie przed własnym losem.

Las to zagadka, nieznane, groza, niepokój. Mike Scott, wokalista i przyjaciel z The Waterboys wyczarował przejmującą interpretację tego wiersza.

Muzyczne tło buduje tajemniczy, złowrogi i przejmujący falujący, narastający dźwięk.

Bogata brzmieniowo muzyka dopełnia atmosferę niepokoju. Wejść w las to skoczyć w nieznane, zatracić się w nim mimo wcześniej danych obietnic i zobowiązań. Ale może czasami warto przekroczyć granicę nieznanego. Bez tego życie nie posuwałoby się naprzód. Trwałoby jedynie w powtarzalnych pozach.

Robert Jan Westdijk nakręcił przejmujące wideo, z fotografiami, z których patrzą uważnie mieszkańcy dawnej Ameryki. Ich powaga i godność przetrwała, ale dzisiejszy nowoczesny świat nie dba o nich, spycha ich w niepamięć. W ich oczach widać smutek i rezygnację. Oni już weszli do niepokojącego lasu.

Mike Scott – charyzmatyczny lider zespołu The Waterboys, znany wokalista i kompozytor. Wydał dwa solowe albumy. W 2012 roku opublikował książkę – Adventure of a Waterboy – są to przenikliwe, uczciwe i dobrze napisane wspomnienia. Nagrywa niezwykłą muzykę, często zmieniając muzyczne style. Steve nazywa go bratnią duszą. (Soul brother)

Westdijk – uznany i nagradzany na festiwalach w Holandii i w Turynie holenderski filmowiec z Utrechtu jest reżyserem fabularnego filmu The Waterboys (2016). Sentymentalna podróż ojca i syna oraz spotkanie z zespołem.

 

 

  1. Cisza Niedzieli – Silence of a Sunday

Przejmujący, pełen emocji i namiętności głos i twórcza interpretacja utworu Camille O’Sullivan oczarowuje rewelacyjną kreacją kobiety wampa, femme fatal, która zmysłowo przyciąga i okrutnie odpycha – Obiecałam mu niebo a posłałam do piekła. Akustyczna gitara i pianino towarzyszą szeptowi aktorki. Samotność budzi żal za stratą kogoś kochanego.

Wspaniałe, tęskne solo klarnetu dopełnia całość tego znakomitego utworu.

Camille O’Sullivan – irlandzka wokalistka, aktorka i kompozytorka, z wykształcenia architekt. Ze swoimi spektaklami występuje na całym świecie, na najbardziej znanych scenach. W swoje przedstawienia wplata opowieści i rewelacyjnie interpretuje pieśni Jaquesa Brela, Nicka Cave’a, Toma Waitsa, Kurta Weilla, Davida Bowie, Radiohead są znane. Nagradzana nagrodami teatralnymi. Jej ekspresyjna, często prowokacyjna wersja kabaretowego występu i jej oryginalny głos, intensywnie dramatyczny oczarowuje publiczność i wciąga ja w opowiadaną historię. Często figlarna i żartobliwa, obdarzona oryginalnym głosem.

Wydała dwa własne albumy muzyczne. Odwiedziła Polskę w 2009 i 2012 roku. Pierwszy spektakl we Wrocławiu to muzyczno-teatralna opowieść, w której Camille wcielała się w różne postacie. Elementy burleski, kabaretu i jej uczuciowa energia zachwyciła polską publiczność.

W wywiadach obiecała, że wróci do Polski. I rzeczywiście w 2012 roku gościliśmy ją w Łodzi w sztuce Williama Szekspira, reżyserowanej przez Elizabeth Freestone – ‘Gwałt na Lukrecji’. Jej kreacja zachwyciła i porwała publiczność.

  1. Komórki serca, które natura zbudowała do radości – Cells of the Heart which Nature Built for Joy

Utwór instrumentalny, pełen pasji, grany przez muzycznych partnerów z zespołu NoCrows. Klasyka splata się z muzyką cygańską. Improwizacja i ekspresja – popis Olega Ponomareva i Steve’a. Ich pojedynki i dialogi, idealne zrozumienie wzmaga emocjonalną temperaturę. Z równą swobodą grają intensywne brzmienia jak i momenty, w których melodia staje się rzewna.

Nie ma większego zadowolenia doprawdy, niż słuchanie obu wyśmienitych skrzypków. Tak jak mówi tytuł utworu – grając trafiają do naszej duszy i odnajdują w naszych sercach komórki radości.

Oleg Ponomarev – przyjaciel Steve’a z zespołu NoCrows – skrzypek, basista, pianista, gitarzysta, kompozytor, aranżer, producent, wokalista, nauczyciel, rowerzysta i współtwórca “DOGGYBAG PRODUCTIONS – tyle opisu ze strony internetowej Olega. Nagrał ponad trzydzieści albumów z różnymi wykonawcami. Oleg to genialny skrzypek o fenomenalnych możliwościach i ogromnej wrażliwości muzycznej.

Jego dwa zespoły Loyko i Koshka przyniosły mu wyjątkowe uznanie i z powodzeniem zdobywają publiczność oryginalną muzyką z całego świata, pełną wyśmienitej wirtuozerii, w której słychać cygańskie, rumuńskie i węgierskie nuty, jazz, rock i flamenco.

  1. Ciemne siostry miłości – Sombres Soeurs de l’amour (Love’s Dark Sisters)

Doskonała wersja francuska piosenki o trzech Ciemnych Siostrach Miłości – zazdrości, udręce i wściekłości. Cali to mistrz nastroju. Jego pełen pasji głos wyczarowuje, z tej zdawałoby się niewesołej piosenki, optymistyczne nuty.

Jedno czego w życiu potrzebujemy to miłość i schronienie przed deszczem.

Francuski przyjaciel Steve’a –  Bruno Caliciuri – Cali to znany wokalista i kompozytor. Swobodnie porusza się po różnych regionach rocka, folku i jazzu. Gra na gitarze, występuje z zespołem. W kilku koncertach towarzyszył mu Steve, który nagrywał z nim albumy Menteur (dramatyczna i hipnotyczna wersja utworu Je te souhaite a mon pire ennemi), Vernet les bains i ostatni z 2016 roku Les choses défendues. Jego niezapomniane przedstawienia pełne są pasji i energii. Nagrał siedem albumów.

  1. Song of the River

Nastrojowy utwór z liryczną interpretacją Joe Chestera. Wspaniały czas na refleksję. Pieśń rzeki to jak pieśń życia i miłości.

Również czas płynie nurtem rzeki i zostawia nam wspomnienia.

Joe Chester to jeden z najbardziej utalentowanych kompozytorów i wokalistów irlandzkich, nominowany do prestiżowych nagród Choice Music Prize, Meteor Irish Music Awards. Świetny gitarzysta i producent. Jest uznanym i wymagającym producentem. Ma swoje studio w Nicei, gdzie nagrywał też płytę Steve’a.

  1. Cockcrow

Ostatni utwór instrumentalny, zamykający płytę. Na płycie winylowej każdą jej stronę zamyka krótki skrzypcowy rarytas.

Świt, kiedy kogut pieje swój hejnał pobudki. Koniec jest jednocześnie nadzieją na nowy dzień. Oby spełnił się obietnicą dobra i radości w tym niepokojącym świecie.


Drugi album to swoista refleksja, obejrzenie się za siebie, to jak wspólna podróż z przyjaciółmi we własnych piosenkach. Bogata różnorodność albumu jest jego siłą.

Płyta ilustruje mnogość talentów muzycznych Steve’a, który jest tu świetnym kompozytorem, wokalistą i genialnym skrzypkiem.

Mądry album ze świetną ideą, łączącą jednego kompozytora i wielu specjalnie wybranych wykonawców. Steve i jego charyzmatyczna osobowość pozwoliła mu zbudować niezwykły nastrój, oryginalnej mieszanki wokali i muzyki instrumentalnej. Przeplatają się zgrabnie, tworząc wielowarstwową mozaikę.

Utwory mają urok, któremu trudno się oprzeć, rewelacyjnie oddają bogate i zróżnicowane nastroje. Album wymyka się ścisłemu zaszufladkowaniu.

Kompozycyjnie, brzmieniowo, tekstowo – pierwsza liga.

 

 

Beekeeper – Amazon, iTunes

Lyrics

Fotografie: Mariola Socha


Źródła:

 

 

Advertisements

Biblioteka

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Biblioteka Marsha – Dublin, fot. M. Socha

          Półmroczny korytarz. Przede mną ledwie oświetlone biblioteczne gabloty.

Może są w nich tajemnicze wskazówki dla dalszych pokoleń, a może dla zwykłych, codziennych śmiertelników oglądających tłumnie przyjazne, piętrowe rzędy książek.
Nie dotknę żadnej z nich, bo nie wiem czy któraś z nich jest dla mnie. Mijające stulecia zajęły im najlepsze miejsca.
Kolejne lata jak jasne szale wpadają do otwartych na ogród pokoi, a ja stoję na końcu korytarza i przyglądam się.
Gdy idę parę kroków przed siebie, dusze książek postępują za mną i zaglądają mi w oczy, dotykam ich jak liter na niewidzialnych kartach.
Popiersia filozofów i pisarzy patrzą z melancholijną rezygnacją na kurz codziennie ścierany z ich dzieł umieszczonych przed ciekawskimi na najwyższych półkach.

Promień słońca wpada do środka sali i wskazuje tylko jedną książkę, co z tego, że ona jest na piętrze. Rozglądasz się za schodami na górę, przystawiasz do półki drewnianą, dębową drabinę i wchodzisz w górę to tylko parę szczebli i promienie słońca przesuwają się po grzbietach książek, po twojej zastygniętej w powietrzu dłoni.
Którą z nich weźmiesz, na którą zdecydujesz się, czy ktoś nie oszukuje cię, a może pokazuje ci tylko przemijanie dotykając delikatnym, ciepłym promieniem kolejnych obwolut.
Gdy wyjmiesz z półki tę jedną, jedyną otworzysz ja niecierpliwie.

Jej okładka będzie ciepła, jak skroń człowieka, karty nie są jednakowe. Zaczniesz czytać i twoje oczy będą śledzić losy świata, podniebne podróże, zawiłości ludzkiego serca, twoja księga nie będzie jedyna.

Nagle biblioteka się zapełni. Sylwetki ludzi między regałami i na drabinach będą wypełniać przestrzeń, zapach zakurzonych książek będzie silniejszy niż zwykle.
Wtedy słońce zajdzie i w bibliotece zapalą się lampy.
Ludzie skupią się przy nich i będą wyglądać jak nieznane plemiona wyznające jakąś religię.

Cathy Carman – Pamiętnik Rzeźbiarza

Cathy Carman - 6                             Rzeźbiarz dotyka drewna, kamienia, brązu. Jego dłonie wyczuwają temperaturę emocji. Temat pojawia się pod uważnymi palcami, myśl znajduje źródło i rzeczywistość nabiera kształtu.

To jest pamiętnik osobistych emocji. Rzeczy, które być może nie mogą być wyrażone w słowach. Istnieją one tylko w formach, w sylwetkach, które są wewnątrz mnie. 

Coś, co może utrzymać mnie na powierzchni, pamiętnik może być jak tratwa ratunkowa. – Cathy Carman – My Diary

Cathy Carman – znana rzeźbiarka z Irlandii wystawia swoje prace w Polsce po raz pierwszy. Swoje dwie wystawy w Polsce nazwała osobistym pamiętnikiem. Rzeźbiarstwo ukończyła w Wyższej Szkole Plastycznej w Dublinie. Rzeźbi w brązie, kamieniu i drewnie, używa również innych materiałów uzyskując zaskakujące efekty pobudzające wyobraźnię widzów.
Jej prace są wystawiane w Irlandii, oraz w innych krajach. Pomniki i figury, wykonane przez nią zdobią ulice miast irlandzkich i instytucji publicznych. Jej cykle – wystawy – Vessels – Statki, Oweynagat, Moon – są skomponowane według rytmu wyobraźni i metafory.

1

Wystawa w Polsce ma podkreślać dualność w jej pracach. Intrygujące, dynamiczne konstrukcje i ekspresyjne rzeźby, które oglądamy na wystawie mają ogromny ładunek energii. Każda z nich jest osobną myślą, kartką w pamiętniku.

Doskonały duet to przemijanie i los człowieka.

14             15

Jestem pełna nadziei i melancholii. Dwa przeciwieństwa. Dwie silne emocje. Odkryłam, że każde uczucie ma bliźniaka. Z nadzieją zawsze była rozpacz, z miłością zawsze była nienawiść– pisze Cathy Carman w pamiętniku.

Melancholia to siostra śmierci i ciszy. Najsilniejsze uczucia powodują skrajne emocje. Pisarz uwięzi słowa między stronicami, rzeźbiarz dotknie drewna, metalu. Pod jego wszechwiedzącymi palcami odczyta przemijanie. Teraz wystarczy czas i cierpliwość. Materiał zmieni się w postać lub symbol. Wtedy zacznie się opowieść. Następna kartka w pamiętniku.
Czy przeciwieństwo musi być wrogością, a przemijanie śmiercią?
Nadzieja wyciąga ręce, a melancholia rozkłada nad nią srebrne, drżące liście.

 

Cathy Carman - 8

 

Myślą przewodnią wystawy jest strata i nadzieja. Rzeźbiarkę dotknęła śmierć bliskiej osoby, ale dane jej było cieszyć się wyzdrowieniem partnera. Chorobę bliskiej osoby trudniej znieść niż swoją własną. Wobec cierpienia bliskich jesteśmy bezbronni.

 

Cathy Carman - 11

Melancholia i radość, smutki i nadzieje przychodzą niespodziewanie, przywołane wydarzeniami naszego życia, zalewają nas jak ocean. –  Cathy Carman – My Diary

Miłość przynosi cierpienie, obdarowuje nas i wszystko odbiera. Działa jak nieubłagana fala odpływu. Morze musi uspokoić się po sztormie. Wiatr milknie, fale zapominają o złości.
Kruchość ludzkiego serca, nieprzewidywalność losu i wszędobylski przypadek utwierdzają nas w tym, że trzeba żyć na własny rachunek, myśleć, nie tylko wiedzieć.

Cathy Carman - 5

Pomyślałam, że chciałabym, aby coś nas chroniło przed tymi falami.

Niektórzy już odeszli z falą. Co nas może ochronić? Pocieszeniem może być droga, być w drodze i tworzyć.
Figury z pamiętnika niosą na grzbietach ciężary, które są jak ostrza wbudowane w ciało uginające się z bólu pod jego ciężarem. Czuje się w nich siłę chociaż wytrzymają tylko jedno życie.

17

 

Gdy rzeźba powstaje materiał poddaje się rękom rzeźbiarza. Tylko on wie jakie myśli w niej są. Kształtuje materiał według swojej idei, ale i materia oddaje mu swoją duszę.
Drewno jest ciepłe, brąz chłodny. Rozczarowania, tęsknoty, styl epoki przetrawiony przez wyobraźnię artysty.
Artysta bada i tworzy przede wszystkich z własnych uczuć, jeśli jest do granic możliwości uczciwy – powstanie prawda o nas wszystkich. Niewolnicze ramy zobowiązań pokona tylko wyobraźnia.

 

Cathy Carman - 12
Ten pęd emocji jest jak morze. Jestem pochłonięta przez wodę. Doświadczam uczuć jakby były falami.

Rzeźby są sierotami bez tego, który je stworzył, tylko on wie jak je połączyć, jak stworzyć sens, aby zagrały w wyobraźni, aby serca wybrały odpowiedź.

To jest nasza strefa kontaktu – widza i twórcy. Doskonały punkt przecięcia losu, tęsknot i oczekiwań.

Spokojne morze oszukuje nas. Śmierć czeka na człowieka gdy pojawia się sztorm. Jednak człowiek nie zginie, nawet ocean go nie zabierze, bo życie ludzkie jest dla oceanu nieuchwytne.

Między falą i brzegiem nie ma wyjaśnienia, między falami nie ma zrozumienia.
Ocean zabiera i uspokaja, jego cisza koi.

 

Cathy Carman - 4

Wiatr nie daje spać. Uderzenia fal wpływają do serca, elektryzują, wypełniają głowę szumem i światem. Nie wystarczy o tym pamiętać, to płynie w żyłach. To, co odeszło nadal w nim trwa.
Wszystko zdarza się naprawdę. Miłość, rozstanie, potrzebne jest tylko serce do tej gry, jak kostka z wyrzuconą szóstką.

Gdy pracuję staram się utrzymywać stan nieświadomy, porównywalny do snu.
Wówczas nie jestem człowiekiem! Żyję sama ze sobą.

Cathy Carman 8

 

Każdy twórca poszukuje własnej prawdy, drogi i wizji świata.

Jeśli ma odrobinę szczęścia wyjdzie z tej łamigłówki czysty jak motyl.
Rzeźby współistnieją w przestrzeni. Tam jest początek, dotyk, pomysł, szkic.

Potem można odtwarzać wszystko z ludzkich gestów i serc, przyglądać się cieniom, prawdziwym duchom tego świata. Ciało, rzeźba doskonała.

Każda rzeźba to nowe ja, nowe życie. Można je zrobić, planety ustawić w innym szyku, być stwórcą i nagle zobaczyć, że nikogo nie ma, że trzeba sprostać samotności.

Gdy rzeźba jest gotowa, czas już nie istnieje. Jest dokonany, czeka na następny cykl.

 

 

Dwie wystawy Cathy Carman w Warszawie:
Centrum Promocji Kultury Praga Południe w dniach 5-26 marca 2015
Galeria Sztuki Współczesnej Ad-Hoc przy Ośrodku Kultury ARSUS w dniach 4 – 27 kwietnia 2015
Cathy Carman – Sculptor

Róże Małego Księcia

roza

strona główna

Są takie opowieści, które zaczynają  się od dialogów, nawet mało ważnych, ale są też takie, które zaczynają się od opisów.

Jest coś między cierpieniem i nadzieją, co można opisać w wierszu.

Dobry wieczór – powiedziałam.

Dobry wieczór – odpowiedziały róże – było ich 50 – przyjaciele przynieśli nam je na nasze urodziny i wtedy pojawił się u mnie syndrom Małego Księcia.

Przychodziłam do pokoju, gdzie stały w chłodzie w dużym wiadrze wody – czerwono- żółto herbaciane – rozwijające się po troszeczku i pytałam ich po cichu – kim jesteście.. odpowiadały niezmiennie – jesteśmy różami. Były pewne swojego pochodzenia i swojej urody. Były pewne, że jestem Małym Księciem.

A ja pozostawałam po drugiej stronie historii niczego nie rozumiejąc. Mały Książę w końcu miał swoją ukochaną różę, która mówiła, że jest jedyna na świecie, co prawda on tego na początku nie rozumiał widząc tysiące róż, na pewno piękniejszych od niej. Sprawdziła się stara prawda – przyzwyczajenia? Pewności? Stabilności? A może miłości po prostu,  jest taki jeden ląd, gdzie pragnę pojechać, jest taka jedna róża.

Moje róże, jak w opowieści, nie zdążyły oswoić nikogo.

Między cierpieniem i nadzieją jest czasami bardzo wąska granica i nie można jej przekroczyć, nawet gdy siła jest po stronie serca.

Jesteśmy tak związani z ziemią, że nie mogę uwierzyć jak dużo mamy w sobie, w duszy, nie wiem właściwie gdzie, zwyczajności ziemskiej.  Czy można uwierzyć w kosmiczną siłę?

Dawno, dawno temu żyliśmy wszyscy.

Tak jak ja nie zawracasz z  drogi, ale też nie idziesz już naprzód tak jak kiedyś.

Jestem po to, aby po nocy śledzić słowa, które płyną po niebie.

Tak jak Mały Książę  mam tyle róż i jak mam je uratować od śmierci?

Jak zatrzymać zachód słońca?

Trzeba uważać na uczucia ludzkie, czytać między wierszami, a potem odrzucić kartkę i być bardzo blisko.

Tajemnica daje tylko jedną niewiadomą, ale o jedną za dużo..

Przestałam czekać na odpowiedź od moich adresatów, ludzie są zajęci w dzisiejszych czasach.

Już po dziewiątej, księżyc wstał, jeszcze przed pełnią ale już piękny i okrągły.

Na próżno się martwisz Mały Książę jeśli twoja Róża cię nie kocha, bo  miłość ulotna jest i jej chemiczne związki nieznane mimo, że chętnie opisywane..

Na próżno martwisz się Różo, jeśli Mały Książę cię nie kocha, zmarniejesz nie podlewana i nie doglądana..

Kocham na zawsze M – taki napis widnieje  na płocie, który mijam wracając z pracy.  Ostatnio płot został wzmocniony drewnianą, poziomą deską, napis został częściowo przykryty, ale widać go ciągle.

A jeśli M nie kocha zdeterminowanego wielbiciela?

 

 

 

Szkło Bolesne

strona główna

Ten nastrój przychodzi zazwyczaj na wiosnę. Nawet tak deszczową jak tegoroczna. Nie mogę uwierzyć, że kolejny raz rozkwita moja czereśnia, że deszcz jest ciepły, chociaż przez jego krople tulipany zwinęły płatki.

W ubiegłym tygodniu byłam w Muzeum Radogoszcz, aby wyprostować sprawę z imieniem mojego dziadka, który tam zginął, gdy więzienie spalili Niemcy, w przeddzień łódzkiej niepodległości w 1945. Każda śmierć jest dramatyczna. Żyjemy kiedy żyjemy. Patrzyłam na jedyne zdjęcie mojego dziadka wśród dziesiątek innych twarzy na ścianie muzeum. Wystrojony w garnitur z krawatem, raczej szczupły i mizerny, taki przezroczysty, jak mój ojciec na wielu zdjęciach. Gdzie zginął? Czy zastrzelili go na parterze, bo tam zabili wszystkich. Część więźniów schowała się na trzeciem piętrze i zaatakowała Niemców. Wtedy podpalili wiezienie. Śmierć w płomieniach gorsza od kuli? Z 1500 więźniów uratowało się 25. Nie wiem jak zginął. Wiem, że zginął tu na pewno. Babka Helena i mój ojciec znaleźli potwierdzenie, czy go widzieli w popalonych, strasznych zwłokach? Nie wiem.

Przy pozostałym po więzieniu murze, trawnik pokryty fiołkami. Fioletowy dywan.

fotografia z "Łódź i ziemia łódzka w okresie wojny i okupacji" - Muzeum Tradycji Niepodl. ŁódźKsiążkę o Łodzi w okresie okupacji poradziła mi pani z muzeum. W środku zdjęcie dziewczyny – Maria Eugenia Jasińska, urodzona w 1906 roku, w Łodzi, harcerka, farmaceutka. W czasie wojny pracowała w aptece  Pod Łabędziem (róg Wólczańskiej i 6 sierpnia„u Niemca” – teraz znajduje się tutaj poświęcona jej tablica pamiatkowa). W piwnicy apteki mogła drukować fałszywe dokumenty dla AK. Pomagała ludziom bezinteresownie, w czasie wojny takie określenie graniczy z altruizmem i świętością prawie. Była też łączniczką, która pomagała przy przerzutach za granicę. Aresztowana w kwietniu 1942 roku, oskarżona o pomoc angielskim oficerom, torturowana i maltretowana była w stanie pomagać jeszcze współwięźniom. Oskarżona i zdradzona przez torturowanych współtowarzyszy, osądzona na Radogoszczu, została powieszona w urodziny Hitlera – 20 kwietnia 1943 roku, w więzieniu przy ulicy Kopernika. Jej ciała nigdy nie znaleziono.

Ze zdjęcia patrzy na mnie skromna, dziewczyna o szlachetnych rysach. Często tak się pisze, jeśli nie wiadomo jak to wszystko objąć jakimś sensownym zdaniem. Też była wiosna, wtedy 20 kwietnia. Pewnie kwitły czereśnie jak teraz. Może była zmęczona torturami i pogodzona z wyrokiem śmierci, bo nie można było spodziewać się niczego innego. Zaledwie dwa miesiące później, 15 czerwca 1943 roku Krzysztof Kamil Baczyński napisał wiersz,  który może pomóc zrozumieć stratę. Te słowa znamy przecież wszyscy –  Jeno wyjmij mi z tych oczu szkło bolesne ..

Jeno odmień czas kaleki,
zakryj groby płaszczem rzeki,
zetrzyj z włosów pył bitewny,
tych lat gniewnych
czarny pył.

Magia Ostrowa Tumskiego

ostrow2

strona główna

Zapraszam na magiczny, deszczowy spacer po Ostrowie Tumskim, warto odwiedzić tę najstarszą część Wrocławia. Kiedyś, jak nazwa staropolska mówi Ostrów był wyspą na Odrze, pomiędzy ujściem rzek Oławy na południu, Ślęzy i Widawy. Na Ostrowie Tumskim najstarszy jest kościół Świetego Marcina, wykopaliska datują go na XI wiek. Ostrów to dawna, jedna z najstarszych siedzib Piastów. Podobno czeska księżniczka Dobrawa przybyła do Wrocławia właśnie Odrą. Na Ostrowie Tumskim czekał już na nią Mieszko I. I to właśnie tutaj miały odbyć się zaręczyny. Ceremonia wyglądała tak, jak powinny wyglądać zaręczyny księcia: wojowie uderzali mieczami w tarcze, a okoliczna ludność wrzucała do Odry posążki pogańskich bogów. Miało to przekonać pobożną Dobrawę o uczuciach księcia i szczerej chęci przyjęcia chrztu.

ostrow8

Od 1166 roku zastępowano drewnianą zabudowę – murowaną. Pod koniec XIII w. nastąpiła dalsza rozbudowa grodu. W roku 1315 cały Ostrów Tumski sprzedany został władzom kościelnym i od tego czasu jurysdykcja świecka przestała na wyspie obowiązywać

Magiczny Ostrów posiada liczne opowieści i legendy:

katedra4 ostrow9O białej róży

Ponura dość legenda mówi, że jeśli duchowny siadając w Katedrze znajdzie na swym krześle białą różę, w ciągu trzech dni czeka go niechybna śmierć. Podobno w XIX w. pewien młody wikary chcąc odwrócić zły los przerzucił różę na krzesło najstarszego kanonika. Nic mu to nie pomogło — trzeciego dnia dzwony katedry opłakiwały jego pogrzeb. Podobno dzieje się tak dlatego, że biskup wrocławski Wawrzyniec, który bardzo kochał róże, zmarł od ich słodkiego zapachu, gdy służba chcąc mu sprawić przyjemność zapełniła nimi sypialnię. Według nieco bogatszej wersji tej legendy biskup Wawrzyniec pokochał prześliczną Agnieszkę, która wkrótce zmarła. Na jej grobie, przy którym często przebywał posadzono białą różę. Służba, wiedząc o tym, udekorowała jego sypialnię eminencji różami. Nocą ukazała się Wawrzyńcowi Agnieszka, podała mu białą różę i zaprosiła do siebie. Rano znaleziono martwego biskupa z różą w dłoni.

ostrow1 ostrow3katedra1

O lwie przy wejściu do Katedry

Po bokach wejścia do Wrocławskiej katedry znajdują się dwie wytarte kamiennie rzeźby — trudno się tego domyśleć, ale jedna przedstawia lwa, druga zaś orła. Legenda głosi, że jeśli samotna kobieta chce poznać swojego przyszłego ukochanego, powinna dotknąć lwa, samotny mężczyzna zaś na odwrót.

Święty bez nóg

Opowieść dotyczy skromnej rzeźby na południowej ścianie wrocławskiej katedry. Przedstawia ona św. Wincentego, który w lewej ręce trzyma brewiarz a prawą opiera na udzie, którego w rzeczywistości nie ma. Okrywający świętego habit skrywa pewną tajemnicę.

W ciepły majowy wieczór w 1469 znany w mieście rzeźbiarz, mistrz Erazm pożegnawszy przyjaciół, udał się do swojej pracowni na Ostrowie Tumskim. Bardzo się spieszył – musiał jeszcze skończyć zamówiony przez wrocławskich rajców posąg. Jednak, gdy mijał szybkim krokiem kościół św. Krzyża poczuł przeszywający klatkę piersiową ból – osłabione pracą i stresem serce dało o sobie znać. Erazm osunął się na ziemię i stracił przytomność. Gdy się ocknął, ujrzał nad sobą twarz chłopca, który nacierał mu skronie wodą. Mistrz poprosił nieznajomego, by pomógł mu dojść do pracowni. Idąc spostrzegł, że ten kuleje. Nogi i stopy chłopca były zdeformowane. Mistrz Erazm spytał chłopca, jak może mu się odwdzięczyć. Ten bez chwili namysłu odpowiedział, że chce by mistrz nauczył go rzeźbić. Już na drugi dzień Maciej (tak było mu na imię) rozpoczął naukę. Szybko okazało się, że świetnie radzi sobie z dłutem. Jednak zazdrośni o jego talent pozostali uczniowie ciągle kpili z jego kalectwa i przezywali kulasem. Chłopiec cierpliwie znosił upokorzenia okazując się coraz lepszym rzeźbiarzem. W pierwszą sobotę grudnia 1470 roku mistrz Erazm zlecił Maciejowi wykonanie posągu św. Wincentego, który zamówił kanonik kapituły katedralnej Jan Paszkowicz. Maciej wziął się do pracy i w cztery miesiące wyrzeźbił świętego odzianego w habit, spod którego wystawały mocne, kształtne i zdrowe nogi… Wieczorem, po skończeniu dzieła modlił się, prosząc Boga by mistrz zaakceptował jego prace.

ostrow5ostrow4

Przed snem Maciek westchnął jeszcze „Ach, gdybym miał takie nogi, nie musiałbym znosić drwin i wyzwisk!”, po czym zmęczony położył się na swym sienniku w rogu warsztatu i usnął. Tej nocy spał niespokojnie… Nagle zobaczył przy swoim łóżku św. Wincentego, który uśmiechnął się dobrotliwie i dotknął jego stóp. Chłopiec poczuł przeszywający ból i obudził się z krzykiem. Spojrzał pod koc. Jego nogi były zdrowe i proste. Wyskoczył z łóżka i pobiegł do pracowni, a tam zobaczył jak jego rzeźba unosi się w powietrzu, a w miejscu gdzie spod habitu wystawała noga świętego, zwisają fałdy materiału, którego nie wyrzeźbił… Gdy Erazm usłyszał o niesamowitym śnie i zobaczył rzeźbę oraz zdrowe nogi ucznia, powiadomił o wszystkim biskupa. Ten stwierdził, że zdarzył się cud. Wykonaną przez Macieja rzeźbę nakazał umieścić na południowej ścianie wrocławskiej katedry a św. Wincentego ogłosił jej drugim patronem.

Głowa na wieży katedry katedra3

Na południowej wieży katedry, od strony Odry, mniej więcej 15 metrów nad ziemią, zobaczyć można kamienną, zastygłą w niemym krzyku głową, która ni w pięć, ni w dziesięć wystaje z muru. Należała ona ponoć do młodego człowieka z ubogiej rodziny, który zakochał się w córce bogatego bankiera. Oczywiście ojciec odrzucił jego awanse, a żeby złagodzić odmowę, obiecał rękę córki, jeśli młodzieniec dorobi się odpowiedniego majątku. Tak też się stało — po kilku latach chłopak wrócił do Wrocławia bogaty. Bankier jednak dowiedział się, ze majątek zawdzięcza rozbojowi i znów odmówił mu ręki ukochanej. Gniewny młodzian w ataku szału podłożył ogień pod dom bankiera, a następnie wdrapał się na wieżę, chcąc lepiej widzieć swe dzieło. Spotkała go jednak zasłużona kara: mury wieży zacisnęły się wokół jego szyi i pochłonęły go tak, że do dziś wystaje z nich tylko głowa z grymasem przerażenia na twarzy. Ta oto ponura legenda kryje w sobie inną, już zapomnianą — głowy lub wizerunki twarzy wmurowywano w ściany kościołów, aby chronić się przed napastującymi żywych duchami, marami i upiorami. Kogo straszył “właściciel” głowy i dlaczego, dziś już nie wiemy…

Widmowy kondukt żałobny

Widmowy kondukt żałobny zwiastujący śmierć jednego z kanoników przemierza podobno czasem nawę główną katedry w dniu patrona kapituły, św. Wincentego z Saragossy. Żyją jeszcze świadkowie, którzy zaklinają się, że feralnego 22 stycznia słyszeli dzwony, modły i śpiewy, choć kościół był pusty. Podobno zdarza się tak od dnia śmierci nieszczęsnych kochanków — Henryka i Marii, którzy odnaleźli się po latach, niestety zbyt późno. Henryk właśnie otrzymał święcenia kapłańskie. Dręczony namiętnością porwał jednak Marię z jej rodzinnego domu, uwiózł nocą do Wrocławia i postanowił ukryć w swej izdebce przy zakrystii, a rano szukać protekcji u swego wuja, kanonika Katedry. Gdy jednak młodzi weszli do kościoła, zobaczyli pochód duchów niosących trumnę, w której spoczywał sam Henryk. Nogi ugięły się pod młodzieńcem i serce pękło mu ze strachu, Maria zaś umarła z rozpaczy, widząc go martwym u swych stóp.

ostrow6Na Ostrowie Tumskim, obok Katedry, znajduje się niewielki, ceglany kościół św. Idziego. Jest on połączony z Domem Kapituły malowniczą arkadą zwaną Bramą Kluskową. O pochodzeniu jej nazwy mówi stara legenda. Pewien chłop, któremu zmarła żona potrafiąca gotować przepyszne kluski śląskie, przybył na targ do Wrocławia i bardzo utrudzony zasnął u podnóża kościoła św. Idziego. Przyśniła mu się jego ukochana żona i kiedy się obudził, zobaczył przed sobą talerz pełen pysznych klusek okraszonych wędzonką. Zjadł wszystkie, ale ostatnią zostawił. Właśnie ta kluska ześlizgnęła mu się z łyżki i potoczyła się łukiem bramy i przywarła do niego. I jest tam do dziś. Sprawdźcie!

katedra5 Tradycją stało się już zawieszanie przez zakochanych kłódek na Moście Tumskim. Para zapina razem kłódkę i wyrzuca oba klucze od kompletu do Odry. Każdy oddzielnie. Kłódka symbolizuje trwałą miłość, która przetrwa czas. Niektórzy takich kłódek mają po dwie, a nawet trzy. Sam zwyczaj wiąże się jednak z inną legendą. Samotni powinni pogłaskać głowę kamiennego lwa pod katedrą, a następnie należy przespacerować się po Moście Tumskim. Znalezienie miłości życia gwarantowane.

Legendy pochodzą ze strony:

http://www.zamkipolskie.net.pl/pages/zamki/wroclaw_ostrow/wroclaw_legendy.htm

Skarb najwyższej radości

strona główna

Za namiętności i pasje często płaci się najwyższą cenę. Ale przecież całe nasze życie jest nastawione na zapłacenie takiej ceny. Jeśli zatem można żyć w zgodzie ze sobą, to na pewno warto zaryzykować. Góry są w moim życiu od zawsze. Nie wspinam się, ale Tatry znam na tyle, że nie umiem bez nich żyć. Góry są też  w moim życiu obecne z powodu ludzi – alpinistów, himalaistów, których mogłam znać i o których mogłam jedynie  czytać.

To wszystko było i jest dla mnie wolnością, wolnością wewnętrzną, której nawet może nie rozumiałam jako nastolatka, ale która na mnie wpływała. Góry uczą niezależności, nieważne czy w nie wchodzisz, czy tylko o nich czytasz. Jeśli przyjmujesz pewien kodeks zaczynasz rozumieć wiele spraw w sposób charakterystyczny właśnie dla postępowania w górach. Mija czas a ty rozumiesz więcej, chociaż wiesz, że sił z wiekiem nie przybywa to jednak marzenia i wyobraźnia są nieograniczone.

Gdy przyszły złe wieści spod Broad Peaku o Macieju Berbece i Tomaszu Kowalskim, nie mogłam spokojnie myśleć o tym, ile już razy musiałam żegnać moich “górskich przyjaciół” – Wandę Rutkiewicz, Jurka Kukuczkę, Wojtka Wróża, Zygmunta Heinricha. Był w nich wszystkich taki sam żar i pasja zdobywania gór jakimi obdarzony był Wiesław Stanisławski (1909-1933) – jeden z najwybitniejszych i najodważniejszych naszych taterników. Wspinał się najtrudniejszymi drogami. Jego towarzyszami byli Mieczysław Szczuka, Justyn Wojsznis, Bronisław Czech, Lida i Marzena Skotnicówne. Epoka Stanisławskiego tak nazwane były lata jego eksploracji Tatr. Tylko w 1930 roku dokonał 130 pierwszych wejść w Tatrach.OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Klasycznie pokonywał nawet najtrudniejsze drogi tatrzańskie.

Miał uzdolnienia pisarskie, relacje z wypraw zamieszczał w gazetach i opracowywał również teksty dotyczące filozofii taternictwa.

A dla Stanisławskiego taternictwo było całym życiem. Jego nagła śmierć podczas wspinaczki z Wojnarem na Kościółku była dramatem.

Przyjaciele długo nie chcieli uwierzyć w taką możliwość. Wiesiek? Stanisławski? Niemożliwe. Gdy czytałam historie górskie też mocno przeżyłam śmierć niepokononanego Stanisławskiego. Polubiłam go i przywiązałam się do niego wśród tych wszystkich tatrzańskich wspomnień. Był jednym z pierwszych moich górskich przyjaciół, których podziwiałam.

Jedynym wytłumaczeniem i pocieszeniem było wspomnienie przyjaciela Stanisławskiego – Justyna Wojsznisa:

OLYMPUS DIGITAL CAMERAWięc już Cię nie ma między nami Wieśku. Zginąłeś w pięknej męskiej walce. W walce „bezcelowej”. Nie w łóżku. Nie w długich godzinach konania. Tyle wieczorów, nocy przegadaliśmy o tym. Śmierć w górach nigdy nam nie była straszna. Nie myślę o tym, że przyszła za wcześnie, że jeszcze tyle mogłeś zrobić. No tak społeczeństwo ma prawo.. rodzina. Nie oni jednak mają prawdziwe prawo cię sądzić. Czyż nie mówiliśmy tyle razy o tym? I czyż nie wiemy co o tym myśleć. Ty nieraz toczyłeś ten bój .. Cenę zapłaciłeś bardzo wysoką. Lecz wiem, że nie żałujesz, bo nie ma zbyt wysokiej ceny „ za olbrzymi skarb najwyższej radości, jaką zaznałem w życiu – W. Stanisławski”

 

Erhard Loretan

strona główna

Są ludzie, których zapamiętuje się lepiej niż innych, mimo, że widzimy ich tylko raz. To był rok 2005 – Explorers Festival  w Łodzi. Mnóstwo gości, polskich himalaistów – Wielicki, Pawłowski i niepozorny, skromny wspinacz ze Szwajcarii, przyjaciel Wojtka Kurtyki – Erhard Loretan.

Gdy ledwie dopchnęłyśmy się z Agnieszką i Sylwią  do pierwszych rzędów – aby słyszeć górskie relacje, nie wiedziałyśmy, że siedzimy na plecaku trzeciego zdobywcy korony Himalajów. Potem było wręczenie mu nagrody Explorera i już wszystko było jasne. Przecież Loretan i Kurtyka zdobyli jedną z najpiękniejszych gór na świecie – Trango Nameless Tower, weszli na swoją górę w stylu alpejskim i w takim też stylu Erhard zdobywał swoje kolejne – ośmiotysięczniki. Drogi, którymi wchodzi na szczyty ośmiotysieczników są zawsze przemyślane, ciekawe i zazwyczaj bardzo trudne. Był na pewno kimś, kto zmienił oblicze himalajskiego wspinania.

Trudno uwierzyć, że on wytrawny himalaista i  przewodnik alpejski, zginął w dniu swoich pięćdziesiątych drugich urodzin – 28 kwietnia 2011 roku, na  szczycie Grunhorn.

Góry to jedna z najsilniejszych namiętności człowieka. Są niebezpieczne, często jesteśmy za słabi aby je zwyciężyć. Nie lubią też braku pokory, ale Loretan na pewno żył z górami w zgodzie. I widocznie jego życie pełne najwspalniaszych na świecie gór, miało tyle trwać.

Grünhorn

Komnata nadziei

Stalker

strona główna

Czy umiemy uwierzyć w Cud? Dlaczego znalezienie Prawdy jest dla nas takie ważne?
Czy umielibyśmy przyjąć spełnienie naszych najskrytszych marzeń?
Snując moralno- estetyczną medytację, Andrzej Tarkowski prowadzi nas w swój filmowy świat, gdzie tajemnica jest realnością.
Andriej Arsienjewicz Tarkowski (1932 – 1986 w Paryżu) – reżyser filmowy i teatralny, scenarzysta i aktor, syn poety i tłumacza Arsienija Tarkowskiego, uważany za genialnego artystę kina współczesnego. Interesował się malarstwem, muzyką i był nawet z wyprawą geologiczną na Syberii. W czasie studiów na Wydziale Reżyserskim w Moskwie spotkał Siergieja Paradżanowa. Jego pierwsze filmowe etiudy były wydarzeniami, miał niezwykłą wrażliwość. Kolejne filmy zbierały prawdziwe żniwo nagród: Dzieciństwo Iwana (Złoty Lew w Wenecji – 1962), Andriej Rublow – wzruszający film o malarzu ikon miał problemy z cenzurą. Mimo tego udało się go nagrodzić w Cannes w 1969 roku.
Tarkowski miał wieczne kłopoty z cenzurą, jego filmy zawsze czekały po kilka lat do wprowadzenia na ekrany, reżyser żył w ciągłym stresie.
Gdy staje się nagle coś naprawdę złego i nie można tego cofnąć, a konsekwencje prowadzą do najgorszego to i nadziei jest mało. Wtedy ważni są ci, którzy umieją nadzieję mieć i pielęgnować ją.
Solaris według powieści Stanisława Lema dostał Grand Prix w Cannes w 1970 roku i wreszcie Stalker, statni film Tarkowskiego nakręcony w ZSRR, również nagrodzony w Cannes. W 1982 roku Tarkowski wyjechał do Włoch, tam powstała Nostalgia i Czas Podróży. W 1986 roku, w Szwecji Tarkowski kręci swój ostatni film – Ofiarowanie ze Svenem Nykvistem za kamerą. Posypały się nagrody w Cannes, tym razem było ich kilka. W grudniu 1986 roku Tarkowski zmarł na raka płuc. Został pochowany w Paryżu, na cmentarzu emigrantów rosyjskich.
Tarkowski jest inspiracją i wzorem dla wielu reżyserów, którzy powołują się na jego sposób filmowania, wrażliwość scen i postaci. Tarkowski miał trudny charakter, nie znosił kompromisów i dzięki temu jego filmy mają konkretną formę, którą sobie wymarzył. Były to zawsze jego indywidualne wizje, głęboko przemyślane.
Jeden z najważniejszych jego filmów – Stalker, kręcony był na kanwie opowiadania braci Strugackich – Piknik na skraju drogi. Taśma pierwszej wersji filmu została zniszczona, a ciągłe kłótnie nie sprzyjały jego realizacji. W czasie kręcenia filmu Tarkowski rozstał się w atmosferze oskarżeń, z operatorem Gieorgijem Rerbergiem.
Gdy los Stalkera zawisł na włosku, Tarkowski postarał się o nowe warianty scenariusza pisanego na żywo, przez Strugackich oraz o finanse na kręcenie następnej wersji filmu.
W czasie tej szalonej pracy, Tarkowski dostał zawału, ale po krótkiej rekonwalescencji zaczął ponownie pracę nad filmem. Zebrał ekipę z operatorem Leonidem Kałasznikowem, sam bohater – Stalker stał się rosyjskim szaleńcem – Jurodiwym, nie był już tylko kimś kto wprowadza chętnych wycieczkowiczów do strefy. Strefa – Zona – bo to ona jest w filmie najważniejsza – sam pomysł musiał powstać po ekologicznej katastrofie w Estonii.
W 1957 roku w okolicy Mayak uległo skażeniu kilka tysięcy kilometrów kwadratowych terenów. Utylizowane były tutaj odpady radioaktywne. Zdjęcia do Stalkera kręcono głównie w Estonii, w miejscu skażonej rzeki Jagali i Piryty, a więc w rzeczywistej Strefie.
Zapewne nieprzypadkowo aż trzy osoby, a wśród nich sam Tarkowski i jego ulubiony aktor – Anatolij Sołonicyn (grał w filmie pisarza) w krótkim czasie po realizacji filmu, umarli na nowotwory.
Zona – tajemnicza Strefa, która być może była świadkiem kontaktu z istotami pozaziemskimi, w każdym razie nie wiadomo czy było to uderzenie meteorytu czy inna katastrofa.
Ludzie sprawdzający kiedyś strefę nigdy z niej nie wrócili, po latach jest to obszar zamknięty, do którego nie wolno wchodzić, jednak istnieje funkcja tak zwanych Stalkerów, którzy natrętnie wracają, może rzeczywiście wierzą w coś więcej? Oni prowadzą chętnych do Strefy. Nie wiadomo też, czy istnieje tam promieniowanie. Wszyscy wiedzą, że istnieje Komnata, w której można spełnić swoje pragnienia. Trzeba do niej dotrzeć i wejść, a wszystko stanie się samo. Jednak droga do Komnaty jest śmiertelnie trudna. Dosłownie, ponieważ na każdy swój krok śmiałek może przypłacić życiem. Ta wydawałoby się piękna bajka ma jednak swoje minusy – wydaje się nam, że czegoś bardzo pragniemy, a jednak jest to coś zupełnie innego. Ukryte głęboko w sercu niewyjawione nadzieje i pragnienia zna tylko komnata. Spełnia się to, co leży w naszej naturze. Nie możemy kłamać sami przed sobą. Dlatego tak dramatyczna była opowieść o samobójstwie innego Przewodnika do strefy. Chciał on odzyskać życie brata, ponieważ czuł się winny jego śmierci. O to właśnie prosił w Komnacie. Jednak po powrocie do domu okazało się, że jest ogromnie bogaty. Więc Bogactwo było jego prawdziwym pragnieniem. Aby wejść do komnaty trzeba oczyścić umysł, a człowiek nie zawsze chce to robić, ani nie chce sobie przypominać, tego co jest z nim na co dzień.
Profesor i Pisarz prowadzeni przez Stalkera dochodzą do progu komnaty. Profesor chce ją zniszczyć, bo każdy może spełnić w niej swoje marzenia, a jeśli będzie to taki szaleniec jak Hitler? Pisarz nie chce konfrontować się z własnym życiem, może boi się. Stalker nie ma prawa tam wejść, ale nawet nie chce próbować.
Strefa ma być szczególnym miejscem wprowadzającym nadzieję, właśnie dlatego, że wymaga od wchodzących do niej decyzji ostatecznych, aż do rezygnacji z życia – bo przecież w każdej chwili śmierć grozi ludziom w Strefie. Oczyszczeni ze strachu i niepotrzebnych rojeń i pragnień mogą stanąć czyści na progu komnaty. Ale tak jednak nie jest. Zawsze wnosimy ze sobą wszystko. Stalker błąka się po świecie jako tułacz – więzień, pozostawia żonę i niepełnosprawną córkę aby jeszcze raz móc wejść do strefy. Jest to świat w którym lepiej sobie radzi, może tu żyć spokojnie. Na końcu filmu zrozpaczona żona chce przeprowadzić się z nim do Strefy razem z dzieckiem. A więc zwycięża Miłość?
Profesor i Pisarz to postaci tragiczne, profesor zdradzony przez żonę, nie ma do czego wracać, nie starcza ma odwagi na zniszczenie komnaty, pisarz znudzony sławą i powodzeniem szukał tu czegoś, co go odnowi. A jednak nie znalazł, może zabrakło mu wiary w siebie? Stalker dostarcza ludziom nadziei? Traktuje to jako swoje powołanie, prawie jak misję, nie jest egoistą, według niepisanego kodeksu sam nie może wchodzić do komnaty.
Zdjęcia w Strefie są kolorowe, a poza strefą czarno-białe. Zdjęcia przed komnatą przybierają kolor złotawy, bo złoto właśnie jest boskim kolorem na ikonach.
Ciało jest tylko więzieniem przekonujemy się jeszcze raz, że ogranicza nawet nasze idee.
Na progu komnaty Stalker mówi do Profesora i Pisarza – oto my, stoimy na progu. To najważniejsza chwila w waszym życiu. Powinniście wiedzieć, że tutaj spełni się wasze najskrytsze pragnienie. To najszczersze! Najbardziej dręczące! Nie trzeba nic mówić. Trzeba tylko skupić się i przypomnieć sobie całe swoje życie. Kiedy człowiek myśli o tym, co minęło, staje się lepszy. A najważniejsze to wierzyć! No, a teraz idźcie. Kto chce być pierwszy? Może pan? Ale do komnaty nie wejdzie żaden z wędrowców.
Stalker jest bliski śmierci gdy orientuje się, że Profesor i Pisarz nie poczuli niczego, nie uwierzyli mu. Jakby Strefy w ogóle nie było.
Kto Panu opowiedział o Strefie – pyta Stalkera – Pisarz.
To po co tu przychodzić – mówi Profesor, gdy Pisarz wątpi w istnienie Strefy.
Przejmująca jest scena przed komnatą gdy wszyscy trzej zostają na zewnątrz, a kamera wjeżdża do Komnaty. To my możemy sprawdzić, czy znamy swoje największe pragnienie, nie ryzykujemy nic, nie ryzykujemy spełnienia. Tylko Komnata umie pokazać ludziom, że spełnienie ich najgłębszego pragnienia nie zawsze jest upragnionym szczęściem. Czy wiemy czego chcemy naprawdę? To takie proste, ale czy rzeczywiście?
Tarkowski wykorzystuje w filmie symbole – pies, ryby, trójca – trzech wędrowców, sny. Wszystko skomponowane w przejmującej atmosferze spodziewanej katastrofy.
Mistrzowskie są fragmenty filmu, kiedy czujemy przesilenie, Pisarz i Profesor po prostu siedzą na murawie, profesor je kanapkę, widać las i drogę, nic tu nie ma – to zwyczajny świat… ale wystarczy wyciągnąć rękę i wysilić wyobraźnię która zapełni się tajemniczymi przejściami, skałami i korytarzami, z których nie ma wyjścia, trzeba wierzyć, że się z nich wyjdzie i to jest jedyne wyjście. To prawdziwy majstersztyk pokazać to w filmie.
Nikt nie wierzy – mówi dramatycznie Stalker, nawet on nie jest pewien czy sam jeszcze wierzy. Jego własny świat wydaje mu się nietrwały i marny, tu w komnacie jest wszystko.
Dążenie ludzi do czegoś poza, czegoś ponad.. Wędrówka przez piekło w poszukiwaniu Nieba. Ale dlaczego do Nieba nikt nie chce wejść?
Ludzka miłość jest cudem, który może się przeciwstawić każdemu suchemu teoretyzowaniu na temat beznadziejności świata – komentował Tarkowski własne dzieło.
W filmie nie ma żadnego niepotrzebnego ujęcia, specjaliści od montażu i operatorzy przejrzeli go już pod każdym względem, zawsze zachwycał, zawsze poruszał. Nigdy nie pozostawiał obojętnym.
Tarkowski mówił o filmie, że mimo iż bohaterowie ponieśli klęskę to zwyciężyli, że pewnego rodzaju niewiara obudziła w nich to, co w człowieku najważniejsze, to co ukrywamy najgłębiej, bo każdy z nas zaczyna o tym myśleć, oglądając film. Jest to jednocześnie oczyszczenie, cierpienie i bezradność. Bo nie jest to na pewno zwykłe uczucie.
Sztuka jest jedyną formą aktywności – pisze Tarkowski – dzięki której można wyruszyć na poszukiwanie prawdy absolutnej, a nawet ją wyrazić. Niektórzy ludzie uważają, że osiągnęli prawdę, że wiedzą niezmiernie wiele. Sądzą, że są nawet w stanie swą wiedzę wyrazić. Ale ja wątpię, aby sprawa tak się przedstawiała. Tragedia człowieka polega na tym, że nie może on osiągnąć prawdy… złapać jej za ogon.  Sztuka jednak może. 

Strefa to najcichsze miejsce na świecie. Znika gdy przestajemy w nią wierzyć.
Sens jej istnienia to nasza nadzieja. Niczego nie ma gdy jest tylko cynizm i pustka.
Czy strefa jest prawdziwa? Czy Tarkowski zabawił się z nami w grę logiczną?
Jakie jest twoje największe pragnienie, czy już wiesz?

Stalker

1. Borys Strugacki zmarł w wieku 79 lat w listopadzie 2012. Wraz z bratem, Arkadym, napisał opowiadanie „Piknik na Skraju Drogi”, które stało podstawą do stworzenia serii gier S.T.A.L.K.E.R. i filmu Andrieja Tarkowskiego „Stalker”.
2. Wim Wenders zadedykował swój film Niebo nad Berlinem dla Andrzeja Tarkowskiego, Yasujirō Ozu i François Truffaut.
3. Alexander Kajdanowski – filmowy Stalker, zmarł w zwieku 49 lat w Moskwie, w 1995 roku.
4. Pomiędzy Marsem a Jowiszem krąży niewielka planeta (o średnicy ok. 24 km), którą odkryła 23 grudnia 1982 r. Ludmiła Karaczkina. Ten planetoid otrzymał numer 3345 i nazwę na część reżysera – Tarkovskij. Jego siostra, Marina, wspomina w filmie Piotra Szczepotinnika, że trudno jej pogodzić się z myślą, że gdzieś tam w kosmosie krąży taki „mały bezduszny kamień”…
5. Krzysztof Zanussi mówi, że prawdziwe wspomnienie człowieka nosi się w sercu i nie sposób tego opisać słowami – Pamiętam, jak mój wielki przyjaciel, rosyjski reżyser Tarkowski, pokazywał mi kiedyś kwestionariusz, który wypełniał we Francji w związku z prawem pobytu w tym kraju. I było w nim napisane: Znaki szczególne. Tarkowski skreślił to i napisał: Jestem cały szczególny.

Zdjęcia ze stron:
http://tvp.info/informacje/kultura/wszystkie-tajemnice-stalkera/1109059
http://www.offscreen.com/index.php/pages/essays/temporal_defamiliarization/
http://www.openculture.com/2010/07/tarkovksy.html

Ikony – Jedność absolutna

strona główna

        Światło duszy i drogowskaz mistyki dostępnej każdemu – ikona – podtrzymywana boskimi energiami. Z obrazów patrzą nam prosto w oczy, zawieszeni między niebem i ziemią, święci.
Ikona – obraz szczególny, jest raczej przekazem metafizycznym. Jeśli uwierzysz ..
Prawda ikony istnieje poza zmysłami. Witkacy ucieszyłby się, że jest w ikonie wiele z jego teorii czystej formy. Jest bowiem ikona świetnym przykładem jedności (przeżycia estetycznego i metafizycznego) w wielości. A więc absolutna jedność.
Andy Warhol, jeden z najsłynniejszych przedstawicieli pop-artu, Łemko z pochodzenia przetworzył teorię ikon na potrzeby swojej sztuki.
Powszechne stało się nazywanie osób najsłynniejszych – ikonami.
Andy tworzył swoiste ikonostasy, portrety przyjaciół i znanych osób powtarzane wielokrotnie w najróżniejszych barwach.
Na pewno jego umiejętność wychwycenia najważniejszych cech modeli portretowanych ludzi miała swój początek w odczuwaniu jego kultury związanej z prawosławnymi ikonami.
Samo wykonanie ikony kojarzy się z procesem kultowym, nie może być zaniedbany żaden szczegół. Starsze ikony są bardziej surowe, lecz wszyscy ich twórcy przestrzegają reguł. Człowiek tworzący ikonę, pisze ją, a nie maluje, a jego ręką kieruje natchnienie od samego Boga. Malarz jest tylko wykonawcą, ale to nic nowego, każdy artysta jest wykonawcą rozkazów sił nadprzyrodzonych
W ikonach mamy perspektywę odwróconą, a więc punkt, w którym przecinają się linie perspektywiczne znajduje się przed płaszczyzną obrazu. Wszystko na obrazie ulega rozszerzeniu, w miarę ich oddalenia od obserwatora.
Nie ma światłocienia, ani konkretnego źródła światła, każdy kolor jest symbolem – żółć – prawdy, ale i piekła, zdrady, błękit – nieba, Czerwień – miłości i nieograniczoności, jest to kolor męczenników. Czerwień jest też ogniem, nienawiścią i pychą gdy opisuje piekło. Zieleń ma w sobie witalność odradzania i maluje się nią szaty proroków. Złoto wibruje niewidzialną, boską energią, złote linie oddzielają to, co ziemskie od niebiańskiego.
Brąz jest kolorem ziemi, a czerń sugeruje brak bożego światła, ale jest również symbolem przemiany.
Wiara w siłę przekazu ikony i jej czerpanie z boskiej mocy jest wszechpotężna na Wschodzie i zawstydza zapewnie Zachód, który obrazy swoich świętych traktuje jak rodzaj protekcji u nich.
Ikona to modlitwa i współistnienie z Sacrum.
Świadomość przebywania ze źródłem światła – z samym Bogiem umożliwia kontemplację.
Wiara jest na Wschodzie łaską.
Uwierzyć znaczy zrozumieć duchowy przekaz ikony – droga znaleziona, docierasz do nieosiągalnego. To zaufanie –  niełatwo je mieć.